Archive for Recenzje Filmowe

Recenzja: Salt

// sierpień 31st, 2010 // No Comments » // Recenzje Filmowe

Salt

Salt

Polski aktor w amerykańskim filmie! Tak informowały media, o rozpoczęciu produkcji pt.: „Salt” z Angelina Jolie w roli głównej. Rzeczywiście coś… Bo jakoś ciężko znaleźć w Hollywood, polski akcent, zwłaszcza męski. Bowiem płeć piękną reprezentuje niejaka Alicja Bachleda – Curuś – Farrell… Z płcią brzydszą jest trochę gorzej! Chociaż niedawno wystąpił w niejakim „Aż po grób”, Tomek Karolak, na jego nieszczęście, a może i szczęście? Sceny z nim zostały wycięte z filmu…

O czym jest film? Niejaka Evelyn Salt, szykująca się do wyjścia z pracy, dostaje jeszcze jedno nic nie wnoszące zadanie. Ma przesłuchać rosyjskiego dezertera Orłowa, którego gra nasz Kmicic. Ten opowiadając zgrabną bajeczkę informuje ją o rosyjskim szpiegu działającym w uśpieniu w USA, który ma zabić prezydenta Rosji, będącego akurat gościem w Stanach Zjednoczonych. Niespodziewanie Kmicic informuje Larę Croft, że ów tajny agent nazywa się Evelyn Salt. I tak rozpoczyna się wyścig… Jolie ucieka, a koledzy z CIA ją gonią… Jednak do końca nikt nie wie, czy Jolie działa na szkodę Stanów Zjednoczonych…

Na tle amerykańskich aktorów, wyróżniają się Polacy… Tak Polacy! Bowiem, oprócz Olbrychskiego w filmie występuje również urodzony w Rybniku Aleksander Krupa (prezydent Rosji). Pan Daniel zagrał tutaj świetną rolą… Doskonale posługuje się angielskim jak i rosyjskim. Jest całkowicie wiarygodny jako rosyjski szpieg… A scena z jego udziałem w windzie, gdzie w stylu amerykańskiego kina pokonuje oficerów CIA jest świetna, nauczył się od James’a Bonda.

Jest jeszcze piękność z Ameryki… Angelina Jolie. Doskonale się stało, że główną rolę jednak powierzono kobiecie. Bowiem w pierwszej wersji, bohatera tytułowego miał grać facet, prawdopodobnie Tom Cruise. Jolie gra tutaj rolę, którą już kiedyś zagrała, a więc jest nadal niepokonaną postacią z gry „Tomb Raider”.

Szybkim montaż sprawia, że film ogląda się lekko. Akcja goni akcję. Jednak nie jest to filmy z rzędu oryginalnych… Jest to przeciętna amerykańska produkcja sensacyjną, którą bardzo chętnie każdy obejrzy…

Podsumowując film można polecić naszym rodakom… Albo lepiej nie! Bo ich zazwyczaj zżera zazdrość i oni akurat mogą opluć Olbrychskiego za tę rolę…. Ale można go polecić miłośnikom kina sensacyjnego, kina akcji oraz kina w którym nie trzeba używać zbyt dużo mózgu… Bowiem inny uciekają, drudzy ich gonią, ot taka sobie historyja…

Ocena: 7/10

Emil Sowiński

Recenzja: Incepcja

// sierpień 11th, 2010 // No Comments » // Recenzje Filmowe

Incepcja

Incepcja

Najlepszy film tego roku? Wszyscy tak mówią… Mają racje, bez wątpienia… Oglądając ostatnio „Incepcję”, doszedłem do wniosku, że to wielkie kino, świetnie, trzymające w napięciu. Christopher Nolan, po raz kolejny udowadnia, że jest jednym z najzdolniejszych reżyserów w Hollywood. Jego filmy mimo iż, opowiadają o rzeczach mało realnych są bardzo przemyślane i mądrze zrobione.

„Incepcja” opowiada historię mistrza wydobywania sekretów z ludzkiego umysłu podczas snu Dana Cobba (Leonardo DiCaprio). Wyjątkowe umiejętności Cobba uczyniły z niego ważnego gracza w świecie szpiegostwa przemysłowego, ale i najbardziej poszukiwanego zbiega, a za swoją pozycję zapłacił utratą wszystkiego, co kocha. Teraz Cobb otrzymuje szansę na odkupienie. Za sprawą jednego, ostatniego zadania może odzyskać stracone życie. Musi tylko wraz ze swym zespołem dokonać rzeczy niemożliwej: zamiast skraść myśl, zaszczepić ją w śpiącym umyśle.

Kompletuje zespół w którego skład wchodzą: Saito, Eames, Ariadne oraz Arthur. Wszystkich bohaterów grają świetni aktorzy, którzy doskonale pasują do roli! Jednym z najbardziej tajemniczych i świetnie wykreowanych jest niejaki Arthur, którego zagrał nowy ulubieniec Christophera Nolana, Joseph Gordon-Levitt (bardzo podobny do zmarłego Heatha Ledgera). Mówi się, że to on w nowym Batmanie ma zagrać człowieka zagadkę. Oprócz nich na ekranie pojawia się również znani z poprzednich filmów Nolana Michael Caine oraz Cillian Murphy. Ten drugi, tym co pokazał w drugim planie zasługuje na szczególne uznanie.

Scenariusz, to coś strasznie kuleje zarówno w polskich jak i ostatnio w amerykańskich produkcjach. Ktoś, kto uważał, że „Avatar” to przełom w dziedzinie science-fiction jest w błędzie. Jeśli coś jest przełomem to „Incepcja”, która posiada świetnie opowiedzianą historię. Historię, które nie jest błaha jak wspomniany wyżej „Avatar”, a jest przemyślana, świetnie dopracowana i co najważniejsze pełna sensu, ukrytej mądrości. „Avatar”, tego nie miał, grał tylko efektami 3D, które mu trochę pomogły.

Mimo iż, film trwa prawie 2,5 godziny, siedzimy w kinie wpatrzeni w ekran składając do kupy elementy fabuły główkując, odrzucając popcorn, by z zaciekawieniem spoglądać na ekran. To co prezentuje nam Christopher Nolan to prawdziwy majstersztyk, to prawdziwa uczta kinomana. Film ma gwarantowane nagrody w tegorocznych rozdaniach Złotych Globów czy Oscarów.

Doskonała muzyka Hansa Zimmera, który wcześniej współpracował z Nolanem przy „Mrocznym Rycerzu”, warta Oscara. Warte Oscara są również zdjęcia… Przepiękne… A zrobił je Wally Pfister! Człowiek z którym Nolan rozpoczął współprace przy „memento” i kontynuuje ją aż do dzisiaj… Pfister jest wielce niedoceniany przez akademię (nominacje za: Prestiż, Batman Początek, Mroczny Rycerz), mam nadzieję, że odbierze nagrodę za Incepcję, które robią doskonałe wrażenie, a połączone są z doskonałymi efektami specjalnymi (Miasto ze snu Cobba).

Warto również zwrócić uwagę na zakończenie „Incepcji” (nie będę go oczywiście zdradzał), ale pozostaje ono otwarte, pełne domysłów, takie aby widz przez tydzień myślał, różnie interpretował zakończenie… Tak samo Nolan, postąpił też w obu częściach Batmana oraz w „Prestiżu”, czyniąc te filmy oraz ich zakończenia wyjątkowo oryginalnymi.

Podsumowując film jest genialny! Niebanalny, świetny… Nolan co raz wyżej ustawia sobie poprzeczkę… „Incepcją”, wysoko ją sobie ustawił… Ciekawe, czy ją przeskoczy? Może chociaż się zrówna? Bo już w Marcu rozpoczyna pracę nad nowym Batmanem, kończącym serie Nolana. Czy będzie tak dobry jak „Incepcja” lub „Mroczny Rycerz”, czy może lepszy? Pozostaje nam czekać…

OCENA: 9/10
Emil Sowiński

Recenzja: Predators

// sierpień 6th, 2010 // No Comments » // Recenzje Filmowe

Predators

Predators

„Predators” to nowa odpowiedź na filmy lat 80 ze słynnym Arnoldem Schwarzeneggerem. Tym razem za produkcje filmu odpowiedzialny był Robert Rodriguez i mimo iż, film reżyserował kto inny to rękę Rodrigueza widać…

Najemnicy, gangsterzy jakuzy, skazańcy, żołnierze szwadronów śmierci to oni muszą stawić czoła predatorom. Akcja filmu zostaje przeniesiona na inną planetę. Fanów „Avatara” informuje, że nie jest to pandora. Na czele, Grupy, która ma powstrzymać predatorów, staje nie kto inny jak Adrien Brody, nasz Szpilman. Włada bronią, która jest cięższa od niego, wygląda co najmniej śmiesznie powstrzymując szajki predatorów.

Jak wspomniałem wyżej, ich Agencja Bezpieczeństwa składa się z największych czarnych charakterów pochodzenia ziemskiego. I jak na to przystało jest tam Ruski ze Specnazu i paru gangsterów oraz Danny Trejo! Znany wszystkim obywatel Meksyku, występujący w każdym filmie Rodrigueza. Niestety on występuję tam najkrócej, bowiem zostaje przy pierwszej możliwej okazji zjedzony przez predatorków. Jako pocieszenie mogę dodać, że już niedługo będziemy go mogli obejrzeć w filmie „Machete”!

Filmy posiada jako taki skład i jako taką akcje do momentu kiedy pojawia się Laurence Fishburne. To ten, którego córka postanowiła zostać aktorką porno. W tym momencie film traci swój koloryt i jego kondycja spada do beznadziejnego zerowego poziomu, czyli finału.

Polecam fanom Rodriguez, fanom Trejo. Nie polecam fanom starego dobrego Predatora! Będą mocno zawiedzeni. Ale jeśli chcesz sobie kupić popcorn, popatrzeć na to jak się zabiją i w końcu dowiedzieć się coś o zabijaniu, możesz się wybrać, niekoniecznie czekając na zakończenie. Zalecam wszystkim wyjście w momencie kiedy pojawi się Fishburne.

OCENA: 5/10
Emil Sowiński

Recenzja: Drużyna A

// sierpień 6th, 2010 // No Comments » // Recenzje Filmowe

Drużyna A

Drużyna A

Oglądają może jeden, dwa odcinki kultowego starego, lecz kiczowatego serialu „Drużyna A”, postanowiłem wybrać się na wersję kinową, która bardzo mnie zaskoczyła. Akcja za akcją, strzelanina za strzelaniną, a do tego doskonały humor…

Ale od początku… Film pokazuje jak tytułowa drużyna powstała, a w skład niej weszli: Porucznik Templeton ‘Buźka’ Peck, Sierżant Bosco ‘B.A.’ Baracus, Kapitan ‘Howling Mad’ Murdock oraz szef Pułkownik John ‘Hannibal’ Smith. Tego ostatniego gra nie kto inny, tylko Liam Neeson. Jak to w filmach bywa, nasza szajka ma pewien problem. Bowiem zostaje wrobiona w zabójstwo i postanawia za wszelką cenę odzyskać dobre imię.

Aktorzy… Facet który wcielił się w Murdocka, wypadł znakomicie! Doskonały talent komediowy! Przypomniał mi on aktora, który wcielił się w rolę Pana Pee-Wee, czyli Paula Rubensa. Ma coś z niego… B.A, prawie jak Mr.T, aczkolwiek prawie w tym przypadku czyni ogromną różnicę… Doskonały jest jednak Liam Neeson… Trzymający co chwilę cygaro w ustach lub broń, oczywiście broń w ręku. Jest jeszcze piękna Jessica Biel, która na pewno jest tam po to, aby przykuwać nasz wzrok do ekranu.

Całość filmu dopełniona jest świetną muzyką. Wykorzystano zarówno starą melodyjkę promującą serial (scena w szpitalu psychiatrycznym). Jaki o nowe brzmienia, które doskonale się sprawdziły.

Podsumowując, film jest czystą rozrywka w której nie warto doszukiwać się sensu, ale takie filmy też musimy oglądać! Zwłaszcza, że obfituje on w doskonałe dialogi, świetną muzykę oraz doskonałe sceny akcji… I co najważniejsze jak na komedię przystało jest po prostu śmieszny, czego nie zauważymy w innych wyrobach amerykopodobnych nazwanych komediami.

OCENA: 7/10
Emil Sowiński

Recenzja - Robin Hood

// czerwiec 3rd, 2010 // No Comments » // Recenzje Filmowe

Robin Hood

Robin Hood

„Robin Hood”, kolejny film o superbohaterze… Tym razem nie jest to typowy film dla przeciętnego widza, wielbiącego sprawiedliwych bohaterów, spragnionego efektów specjalnych i czarnych charakterów. Najnowszy „Robin Hood” to swoista lekcja historii, a ci którym marzy się prawdziwy książę złodziei, ten którego widzieli, we wcześniejszych produkcjach (serialach, filmach) będą musieli poczekać na drugą część, bo wszystko wskazuje, że takowa postanie.

Ponad siedemdziesięcioletni Ridley Scott, po raz kolejny udowadnia, że nie powinien iść na emeryturę. Namawia znów do głównej roli Russel’a Crowe’a, który gra tę samą postać co przed kilku laty w „Gladiatorze”, bo jego Robin to taki gladiator tyle, że epoki średniowiecza. Oprócz weterana filmów Scotta, widzimy również piękną Cate Blanchett, która atakuje pięknem każdego widza. Jednak największy popis daje Max Von Sydow. Osiemdziesięcioletni aktor kreuje świetną postać Sir Waltera Loxley’a. Wielkie brawa!

Wspomniałem na początku, że próżno w nowym filmie Scotta, szukać księcia złodziei. To prawda, bo film opowiada o losach doświadczonego łucznika, począwszy od służby w armii króla Ryszarda Lwie Serce walczącego z francuzami skończywszy na powołaniu swojej „małej armii” rabusiów. Jest to chyba jedyny film w którym ta ostatnio wszędzie modna w podtytule „Prawdziwa historia”, udała się doskonale zrealizować… Scott, tak jak Christopher Nolan, robi świetny film i otwiera sobie furtkę na sequel. Przypomnijmy, że Nolan nakręcił film „Batman: Początek”, bardzo dobrze oceniony. Bardzo szybko studio zaproponowało mu nakręcenie drugiej części. Nolan nie zastanawiał się, skorzystał z propozycji… Czy tak samo będzie z Ridleyem Scottem, który zastosował taktykę reżysera batmana?

Początek filmu jest nierówny. Jakby ciężko reżyserowi to wszystko poskładać. Niby z jednej strony chce nas wprowadzić w nastrój historyczny, ale chce również byśmy poznali Robin Hooda. Trochę ciężko mu to wychodzi bo w pierwszej godzinie filmu, uważam, że może widza zagubić, bowiem zbyt wiele wątków prezentuje mu naraz. Jednak z minuty na minutę film się rozkręca i idzie ku dobremu. Szkoda tylko, że zbyt mało na ekranie wesołej szajki Robin Hooda, ale gdy tylko się pojawia to owocuje uśmiechem na twarzy widzów. Miejmy nadzieje, że gdy druga część powstanie, ekipy Robin Hooda, będzie więcej na ekranie.

Film ma wszystko to co powinien mieć hit… Świetne zdjęcia, doskonałą muzyka, ciekawe aktorstwo, doskonałą scenografie, muzykę (średniowieczne balangi). Jednak dla fanów „Avatara” może być pewnego rodzaju zawodem, bo wiem tutaj fabuła jest mniej przejrzysta, historyczna i cięższa do odbioru. A wspomniany wyżej film o niebieskich stworkach był łatwy w odbiorze i nie wymagał większego wysiłku myślowego… Ja ze swej strony polecam film wszystkim, nawet tym którzy Robin Hooda wcześniej nie znali… Ja się do nich zaliczam.

OCENA: 7,5/10
Emil Sowiński

Recenzja: Trick

// marzec 26th, 2010 // No Comments » // Recenzje Filmowe

Trick

Trick

„Trick” to jedna z najnowszych polskich produkcji reklamowana jako trzecia część „Vabanku”. W marcowym „Filmie” poświęcono mu cały artykuł pod tytułem: „Jak napisać dobry scenariusz”. Wypowiadał się w nim scenarzysta „Tricku”, który stwierdził, że to właśnie scenariusz jest najmocniejszą stroną tego obrazu. Jeżeli tak jest naprawdę, to znaczy, że reżyser, Jan Hryniak, nie umiał go dobrze przenieść na ekran, albo dzieło pana Zabłockiego było wyjątkowo denne i głupie.

Na początku filmu poznajemy Marka, który odsiaduje wyrok w więzieniu. W tym czasie Talibowie porywają polskiego posła i żądają za niego sześć milionów okupu. Policjanci postanawiają wykupić go za sfałszowane pieniądze i zwracają się do Marka – ten w zamian za wolność, decyduje się im pomóc. To krótkie streszczenie fabuły, jednak każde zdanie napisane powyżej, w czasie oglądania filmu traci swoją wartość… Trick, po prostu.

Film sensacyjny powinien zawierać w dużej mierze pościgi, akcje, strzelaniny lub też inne trzymające w napięciu sceny. W „Tricku” żadnej takiej sceny nie ma, mimo że należy on do tego gatunku. Jest to dziwne, gdyż nawet obrazy z lat 90., choćby druga odsłona „Psów” wręcz w nie obfituje, a tutaj, w XXI wieku ich brak…

I jak to było? Czy Hryniak źle posłużył się scenariuszem Zabłockiego, czy wina leży w samym scenariuszu Zabłockiego? Zero w tym obrazie składu i ładu, według mnie jest on strasznie źle opowiedziany. Widz na takim filmie powinien być trzymany w napięciu i wszystkie smaczki powinny mu być podawane po troszku, jak na talerzu. Tutaj wszystkiego dowiadujemy się na koniec. Owszem, czujemy się zaskoczeni, ale dopiero po wysłuchaniu osiemdziesięciu pięciu minut paplania, żeby potem, przez pięć minut, dostać wszystko naraz! Podkreślam: zero napięcia, beznadziejne oczekiwanie na finał…

Obsada nie wyróżnia się niczym szczególnym, chociaż mamy tutaj plejadę polskich aktorów. Ale każdy jest nijaki, schematyczny! Scenarzysta oparł się na historii, którą doskonale spuentował, ale beznadziejnie dążył do tej puenty. Żadnej postaci nie nadał charakteru! Policjant, fałszerz, więźniowie - wszyscy są tacy sami, nie mają żadnych szczególnych cech, dzięki którym wspominalibyśmy ich po kilku latach. Wrażenie jedynie zrobiła na mnie Karolina Gruszka, która jest piękną aktorką i zarazem świetną. Wciela się w rolę osoby innej niż wszyscy, jest zakręcona, trochę śmieszna, trochę głupia… Jedyny aktorski plus! Chociaż nie, bo panowie Eryk Lubos i Bartłomiej Topa w scenie zniknięcia profesora też zagrali świetnie! Brawura!

Nie jest to wielki obraz, aczkolwiek poprawnie sfilmowany. Niczym nie zachwyca, nie jest niczym oryginalnym. Po ostatnich „innych” polskich produkcjach („Wojna Polsko-Ruska”, „Dom Zły”), spodziewaliśmy się w tym roku kolejnych nowoczesnych projektów. Dostaliśmy „Vabank”, połączony z „Ocean’s…” i „Żądłem”…Wydawałoby się, że takie połączenie zwiastuje świetny film. Niestety nie… Można go jedynie postawić na równi z „Ocean’s Thirteen” – to max, co może z tego być.

OCENA: 5/10
Emil Sowiński

Recenzja: Kołysanka

// luty 19th, 2010 // No Comments » // Recenzje Filmowe

Kołysanka

Kołysanka

Pamiętam, jak rok temu, gdy obejrzałem ostatni film Machulskiego „Ile waży koń trojański”, przewidywałem, że czas Juliusza Machulskiego, jako autora komedii jest policzony… Chyba, myliłem się… Bo jego najnowszy film, czyli „Kołysanka”, co prawda nie na podstawie jego scenariusza, udowadnia, że tak nie jest. Jego nowy film, to łatwa, lekka i przyjemna komedia, doskonale obsadzona, niestety nie ma „tego czegoś”, za co kochaliśmy poprzednie filmu Pana Juliusza…

Ale od początku… Kiedy to poznajemy rodzinę Makarewiczów, która składa się z Michała (Robert Więckiewicz), jego żony Grażyny (Małgorzata Buczkowska-Szlenkier), jego ojca (Janusz Chabior) oraz ich dzieci… (czwórka i piąte w drodze). Wprowadzają się oni do małego domku we wsi Odlotowo na mazurach… I tam napotykają swoje „ofiary”, zaczynając od właściciela domu (Krzysztof Kiersznowski), kończąc na księdzu (Michał Zieliński). Wszyscy ludzie, stają się pokarmem dla polskich wampirów… Właściwie to ich krew, spijana ze stóp…

Tak to właśnie wygląda… Oglądamy film z zaciekawieniem, uśmiechając się co chwilę. Jednak, każdy kto go obejrzał, powie, że film nie ma wyraźnie sprecyzowanej fabuły, do niczego nie dąży. Jedna scena wynika z drugiej… Widzimy nasze polskie wampiry, które piją krew. Policjantów, którzy szukają zaginionych ludzi… Ba! Szukają… Trudno to nazwać szukaniem… Być może dlatego, jest to trochę nieskładne, bo film w zamierzaniu miał być trzyodcinkowym serialem… I rzeczywiście ogląda się go trochę jak serial… Jednak Machulski nie męczy widza tym oglądaniem, a sprawia mu przyjemność…

Sprawia przyjemność, przepięknymi obrazami Mazur (jeden z cudów świata) i świetnie prowadzoną narracją, dzięki czemu ta opowieść bez ściśle zorganizowanej akcji, przyjmowana jest przez widzów lekko i z przymrużeniem oka.

Brakuje w tym filmie, jak już wspomniałem „tego czegoś”. Brakuje scen, które pamiętalibyśmy, obudzeni w nocy trzy lata po obejrzeniu filmu. A każdy po „Seksmisji”, obudzony w nocy i zapytany „Dlaczego trzeba iść na wschód?”, odpowie: „Bo tam musi, być jakaś cywilizacja”. Czy choćby, zapytany o Kilera, dokończy zdanie… „Trzeba być twardym, a nie…”. Jednak to, że film nie będzie wspominany i cytowany, nie świadczy o tym, że film jest słaby… Jest ciepły i lekki… Przeplatany lekkim humorem („Po Niemcu kolka, a po księdzu kupa regularna”)…

Po raz kolejny stwierdzam, że polskie aktorstwo, stoi na wysokim poziomie… W „Kołysance”, doskonały jest drugi plan… Mnie niezwykle zaintrygowała postać listonosza, przezabawny Jacek Koman, na co dzień mieszkający w Australii. Świetny jest również Krzysztof Stelmaszyk, jako komendant, Przemysław Bluszcz, jako jeden z policjantów prowadzących śledztwo no i oczywiście Michał Zieliński (Ksiądz, znający wszystkich świętych na pamięć). Pierwszoplanowi, również wykonują świetnie swoje zadanie… A wśród nich na czele stoi Janusz Chabior, jego dziadek to majstersztyk! Wielkie brawa za tę rolę! Co ciekawe, po obejrzeniu filmu zapamiętujemy też epizody… Jacek Łuczak, na co dzień Tonio z „Szalonych nożyczek”, tutaj jąkający się zleceniodawca i Maciej Marczewski jako kichający lekarz… Wszyscy świetnie są obsadzeni, a to już zasługa na pewno Juliusza Machulskiego… Trzeba, mu przyznać, że nosa do obsady to on ma… Przypomnijmy Janusza Rewińskiego jako Siarę… Nie ukrywam, że chciałbym Pana Rewińskiego zobaczyć jeszcze w jakimś filmie Machulskiego, bo chyba ostatnio o nim zapomniał…

Michał Lorenc, autor muzyki po raz kolejny udowadnia, że jest geniuszem w komponowaniu muzyki. Ścieżka dźwiękowa „Kołysanki”, jest świetna… Wprawia nas w lekki lęk, a później rozluźnia… Muzykę Lorenca, gra, również cała rodzina Makarewiczów. Dziadek – kontrabas, Bożena – Harfa i Michał – harmonia.

Podsumowując, film to lekka komedia… Można powiedzieć, że jest ona i o wszystkim o o niczym. Bo do niczego nie prowadzi, nic ciekawego nie wnosi (no może zakończenie), ani nic nowego nam nie udowadnia. Jednak warto pójść, choćby dla tych świetnych ról, dla pięknych mazur i dla cudownej muzyki. Nie nastawiajcie się jednak na śmiech w co drugiej scenie, ale na lekki uśmiech na pewno. A! I jeszcze jedno… Jeżeli jesteście fankami „Zmierzchu” to lepiej nie idźcie… Bo tutaj, żaden wampir nie jest podobny do waszego idola, Edwarda… Tutaj wampirom wypadają zęby, brakuje im części oczu oraz chodzą w brzydkich niemodnych, starych ubraniach. A przecież wam nie o taki obraz wampira chodzi…

OCENA: 7/10
Emil Sowiński