Archive for Oczami krytyka

Recenzja gościnna: Sherlock Holmes

// styczeń 26th, 2010 // No Comments » // Oczami krytyka, Recenzje Filmowe

Sherlock Holmes

Sherlock Holmes

Niedziela, słoneczne przedpołudnie. Dla jednych to idealny moment na wyjście z domu i zaczerpnięcie świeżego, zimowego powietrza. Ja spędziłem ten czas całkowicie inaczej, zamieniając relaksacyjny spacer na kinową salę. Sądziłem, że piękna pogoda ściągnie swoich zwolenników, przez co fotele będą w większości puste. Bardzo się jednak myliłem. Wartkim krokiem, z napojem i popcornem w rękach, przeciskając się przez spory tłum, odnalazłem wskazujące przez bilet miejsce i rozpocząłem kolejną przygodę z filmem, zatytułowanym tym razem „Sherlock Holmes”.

Postać genialnego detektywa, powołanego do życia przez sir Artura Conan Doyle’a – wybitnego szkockiego pisarza, w filmowym świecie spotykana była wielokrotnie. Powstawały pełnometrażowe produkcje oraz seriale. Bez względu na ich formę, czy obsadę aktorską popularność przygód Holmes’a i jego wiernego przyjaciela doktora Watsona cały czas rośnie. Na ten sukces z pewnością odpowiednio wpłynie bardzo współczesna wizja sławnego detektywa.

XXI wieczna wersja Sherlocka Holmes’a wyszła spod ręki znanego filmowca, do niedawna męża Madonny, Guy’a Ritchiego. Ten brytyjski reżyser i scenarzysta stworzył dwa arcydzieła współczesnego kina. Mam tutaj na myśli „Porachunki” i „Przekręt”. Guy słynnie z innowacyjnie wizjonerskiego spojrzenia na swoje dzieła, które charakteryzuje świeżość i oryginalność. Nie jest on może płodnym twórcą, za to prawdziwym gwarantem kina zapadającego głęboko w pamięci każdego widza.

Głównym motywem filmu jest uratowanie ukochanego Królestwa Brytyjskiego oraz przy okazji całego świata przed okrutnym Lordem Blackwood. W jego szatańskim planie ma przeszkodzić ekscentryczny Sherlock Holmes i doktor Watson. Nie będzie to proste zadanie, gdyż przeciwnik posługuje się magią, w działanie której detektyw nie chce za bardzo uwierzyć. Zrobi wszystko, aby zdemaskować wroga i wysłać go na stryczek.

Obejrzałem wiele filmowych adaptacji przygód Holmesa, dlatego do tej podchodziłem z dystansem. Obawiałem się, że hollywoodzcy filmowcy zrobią pośmiewisko z bohatera książek Doyle’a. Ku mojemu zdziwieniu stało się zupełnie inaczej. Ritchie po raz kolejny ujawnił swój talent, tworząc oryginalne i wyśmienite kino. Jego super detektyw to postać dla współczesnego widza, zupełnie różniący się od tego z wcześniejszych opowieści. Odtwórca tytułowej roli Robert Downey Jr. powiedział w jednym z wywiadów, że w razie klapy filmu rezygnuje z aktorstwa. Zważywszy na fakt, że za swoją pracę otrzymał Złotego Globa, chyba porzuci swoje niedorzeczne plany. Jego ekranowy partner Jude Law (dr Watson), też powinien zostać nagrodzony. Razem stworzyli wyśmienity duet, perfekcyjnie uzupełniający się. Co do reszty, to nie mam jakichkolwiek zarzutów. „Sherlock Holmes” został dopracowany w szczegółach. Dobre kino akcji, śmieszne dialogi i sytuacje. Ponura sceneria dawnej Anglii tworzy niepowtarzalny klimat. Nie brakuje wątku miłosnego, ciekawych pojedynków, sztuczek magicznych i gadżetów w stylu MacGyvera. Widoczne ogromne pieniądze, wpompowane w produkcje nie psują jej. Doświadczamy interesującego kina przygodowo – kryminalnego z najwyższej półki, w dość zmodernizowanym stylu, który na pewno znajdzie wielu krytyków, do grona których moja osoba się nie zalicza.

Oczami Krytyka
Łukasz Grudzień

Recenzja gościnna: Stare wygi

// styczeń 26th, 2010 // No Comments » // Oczami krytyka, Recenzje Filmowe

Stare wygi

Stare wygi

Walt Disney był geniuszem. Swoimi niezwykłymi historiami potrafił zaciekawić widza i był gwarantem niepowtarzalnego widowiska, które najczęściej z upływem lat uzyskiwało miano kultowego. Po śmierci Disney’a, jego spadkobiercy starają się dotrzymać mu kroku i trzeba im przyznać, że robią to wręcz perfekcyjnie.

Prekursor i mistrz kina rysunkowego, oprócz bajek wielokrotnie sięgał do familijnych, rodzinnych produkcji. To rozrywka na odpowiednim poziomie, określona trzema słowami: lekki, łatwy i przyjemny. To stwierdzenie idealnie pasuje do najnowszego filmu wyprodukowanego przez disnejowskich czarodziejów, pod tytułem „Stare wygi”.

Większość z was z pewnością nie pamięta „Gangu dzikich wieprzy”, opowiadającego przygody podstarzałych panów, którzy znudzeni szarą codziennością wybierają się w motocyklową podróż bezdrożami Ameryki. Celowo przytoczyłem tytuł tej ciekawej komedii, ponieważ ma ona sporo wspólnego ze „Starymi wygami”. Oprócz osoby jej reżysera Walta Beckera (stworzył min. „Wiecznego studenta”), w głównej roli ponownie spotkamy Johna Travoltę. Jego ekranowym kolegą jest Robin Williams, aktor uniwersalny, czujący się dobrze zarówno w komediach, dramatach jak i sensacjach. Oba te filmy poruszają także trudny dla każdego mężczyzny temat, jakim jest późny okres wieku średniego. Czas ten wiąże się nie tylko z większą ilością zmarszczek. To moment na wielkie zmiany, których konsekwencje wprowadzą spore zamieszanie.

Dwaj biznesmeni Dan i Charlie osiągnęli już niemal wszystko. Droga do sukcesu sprawiła, że zapomnieli o swoim prywatnym życiu. Z czasem zaczęło im czegoś brakować. Pustkę rodzinnego ogniska z pewnością wypełni niespodziewana wizyta. Do miasta przyjeżdża dawna miłość Dana, wraz z dwójką niesfornych bliźniaków. Kobieta uświadamia byłemu kochankowi, że jest ich ojcem i musi się nimi zaopiekować. Świeżo upieczony tata razem z wujkiem Charliem jeszcze zatęsknią za nudnym i pozbawionym zobowiązań życiem.

„Stare wygi” niezaprzeczalnie są komedią, która w założeniu miała charakteryzować się starym, wartym uwagi, stylem. Wytwórnia Disney zawsze trzymała fason i nie wychodziła poza granice dobrego smaku. Ich najnowsza produkcja niemal mieści się w tych konwenansach, chociaż chwilami gubi obrany kierunek. Decydując się na „Stare wygi” nie spodziewajmy się wybitnego kina. To typowy rozrywkowy kąsek dla mas, gdzie podczas jego trwania możemy się odpowiednio zrelaksować. Opatrzony w humor na umiarkowanym poziomie, nie czyni z nas bezmózgich odbiorców. Chociaż historia jest banalna, tym faktem nie trzeba się w ogóle przejmować, bo zabawa i tak jest przednia. Obaj główni aktorzy spisali się wyśmienicie. Współczesne kino familijne zaczyna chyba powoli ewoluować i nabierać innego kształtu, co może nie wszystkim przypaść do gustu. „Stare wygi” to delikatny disnejowski eksperyment, który w świecie filmowym przyjął się dobrze i święci trumfy. Mam nadzieję, że polskiemu widzowi też się spodoba.

Oczami Krytyka
Łukasz Grudzień

Recenzja gościnna: Artur i zemsta maltazara

// styczeń 22nd, 2010 // No Comments » // Oczami krytyka, Recenzje Filmowe

Artur i zemsta maltazara

Artur i zemsta maltazara

„Taxi”, „Leon Zawodowiec” czy „Piąty Element” to filmy, które każdy widział, a jak nie to na pewno o nich słyszał. Dzięki ich twórcy Lucowi Bessonowi kino europejskie, a w szczególności francuskie, dorównało poziomowi tego zza wielkiego oceanu, a często je przewyższa. Tematyka filmów Bessona jest różnorodna, przez co nie są one monotematyczne i zadziwiają swoją oryginalnością. Możemy obejrzeć dramaty, komedie, sensacje, a także familijne produkcje.
Tak jak to miało miejsce w ubiegłym roku, pierwszego stycznia do polskich kin trafił kolejny twór Bessona, zatytułowany „Artur i zemsta Maltazara”. Jego scenariusz powstał w oparciu o trzecią powieść Luca Bessona i jest kontynuacją historii „Artur i Minimki”. Niestety dla osób, które nie widziały pierwszej części, opowieść będzie mało zrozumiała. Na szczęście niedawno telewizja pokusiła się o jej emisję, co z pewnością ułatwi sprawę. Reszcie pozostaje wizyta w wypożyczalni, bądź zakup, za śmieszne pieniądze, tego filmu.

Tytułowy Artur, to dziesięcioletni chłopiec, który wraz z rodzicami spędza wakacje u swoich dziadków mieszkających w prowincjonalnym miasteczku Smallville. Dziadek Artura to poszukiwacz skarbów. Jego zamiłowanie doprowadziło do odkrycia nowego świata, zlokalizowanego w przydomowym ogródku, gdzie miniaturowe elfy zwane Minimkami tworzą zwarte społeczeństwo. Artur szybko nabiera chęci do wielkich przygód, które doprowadzają go do nowej krainy, gdzie znajduje nietypowych przyjaciół, którym będzie musiał pomóc w walce z okrutnym Maltazarem.

Taka osoba jak Luc musiał stworzyć coś innego, żeby nie ulec schematom panujących trendów w tworzeniu animacji. Trzeba mu przyznać – jego twór pod każdym względem powala na kolana. To, co najbardziej pozostanie w pamięci widza, to zakończenie filmu. Nigdy nie doświadczyłem takiego zaskoczenia oraz nie widziałem tylu zdumionych twarzy widzów. „Artur i zemsta Maltazara” to produkcja, o której rozmawiać można bez końca, a jej finał na zawsze zapadnie w pamięci.

Geniusz Luca Bessona znowu się ujawnił, tym razem skierowany został do młodszego widza. Jednak każdy z nas ma w sobie coś z dziecka, więc jest to kino dozwolone do lat 99. Francuski twórca często powtarzał w wywiadach, że po wyreżyserowaniu dziesiątego filmu, odejdzie na emeryturę. „Artur i Minimki” jest właśnie tym dziesiątym z kolei, ale biorąc pod uwagę, że przygody Artura tworzą magiczną trylogię, filmowiec nie przestał czarować. Na mnie jego czary podziałały i zapewniam, że będzie tak samo z każdym z was. Pięknie opowiedziana historia o miłości, walce i przyjaźni, pozwala wpłynąć tylko pozytywnie na samopoczucie widza.

Oczami krytyka

Łukasz Grudzień

Oczami krytyka: Piła VI

// listopad 9th, 2009 // No Comments » // Oczami krytyka

Od pojawienia się na ekranach światowych kin, pierwszej odsłony „Piły” minęło kilka lat, które przyniosły nam jej pięć kontynuacji. Film z 2004 roku wprowadził w gatunek jakim jest horror wiele świeżości, w której niekonwencjonalność scenariusza sprawiła, że ta przerażająca produkcja na stałe zapadła w pamięci widzów.
Jak to w większości przypadków bywa tak zwane sequele są niestety tylko cieniem swoich, niemożliwych do podrobienia, pierwowzorów. Po trzeciej części „Piły” twardo postanowiłem, że daję sobie spokój z tą „maszyną śmierci”, która zaczynała przyjmować charakter przerostu formy nad treścią. Kiedy odpocząłem już na tyle wystarczająco, wybrałem się na kolejną, już szóstą, część „Piły”, która w miniony weekend pojawiła się na ekranach rodzimych kin.
Kevin Greutert uczestniczył przy produkcji całej, według mnie, zbyt długiej horrorowej serii. Wykonując zadanie montażysty, zapragnął nowej roli, tym razem reżysera. Na swój debiut wybrał trudny materiał, który tak naprawdę przerósł jego możliwości i umiejętności.
Widziałem w swoim życiu wiele przerażających filmów, których sceny w gruncie rzeczy nie robiły na mnie mocnego wrażenia. Jestem odporny na filmową brutalność, obawiającą się okrucieństwem, strugami krwi i latającymi wnętrznościami. „Piła VI”, zwłaszcza pierwsze dziesięć minut, doprowadzało mnie do mdłości. Na szczęście stan ten minął i więcej się już nie pojawił. Horror poraża na początku, aby z każdą kolejną minutą spuszczać z tonu. Najnowsza odsłona „Piły” jest kontynuacją wydarzeń z piątej części, co sprawiło mi pewien problem, gdyż jej nie widziałem. Z czasem zorientowałem się o co chodzi i kto jest kim w tej historii. Opowiada ona o niczym innym, jak spadkobiercy głównego bohatera Johna Kramera, który kontynuuje jego złowieszcze dzieło, mszcząc się na ludziach przy użyciu śmiercionośnych gierek.
Po obejrzeniu półtoragodzinnej masakry o nazwie „Piła VI”, mogę podsumować ją w dwóch słowach – strata czasu. To jak odgrzewany kotlet po obiedzie, tylko bardziej krwisty i mięsisty. Kolejna odsłona serii straciła na wartości, tworząc kiepski film kategorii „b”. Filmowcy tego pokroju produkcji często robią z nich czarne komedie. W tym przypadku nawet tego nie udało im się dokonać. W zamian otrzymaliśmy żałosną, bezsensowną i nie trzymającą się kupy historię, z kiepskimi dialogami, amatorskim aktorstwem i, to co charakteryzowało serię, brakiem wyrafinowanych pułapek. Tak charakteryzujące się filmy z pewnością znajdą swoich zwolenników. Ja stanowczo mówię im nie i za żadne skarby nie skuszę się na część oznaczoną szczęśliwą cyfrą, czyli siedem.

Oczami Krytyka
Łukasz Grudzień

Oczami krytyka: Slumdog. Milioner z ulicy

// wrzesień 12th, 2009 // No Comments » // Oczami krytyka, Recenzje Filmowe

Z doświadczenia wiem, że filmy nagradzane na oscarowej gali są specyficzne i często trudne w odbiorze. Nie jest to kino ale mas, lecz bardziej skierowane do jego koneserów. Przez rozdaniem tegorocznych Oskarów wiele spekulowano nad ewentualnymi wygranymi. Osiemdziesiąta pierwsza z kolei gala przyniosła sporo niespodzianek, a pewniacy obeszli się tylko smakiem złotej statuetki.

Najwięcej, bo aż osiem nagród zdobył, obraz angielskiego reżysera Dannego Boyle’a “Slumdog: milioner z ulicy” (dystrybutor Monolith Video). Jego kariera filmowa ukształtowała się jak górskie pasmo, w którym zdobywał szczyty i odwiedzał niziny. Jego dosłowność w „Trainspottingu” przyniosła mu sławę i uznanie, a „Niebiańska plaża”, „W stronę morze” spore słowa krytyki. Wahania poziomu jego produkcji były wielkie, lecz w końcu udało mu się osiągnąć równowagę, uwieńczoną Oskarami w najbardziej prestiżowych kategoriach, film i reżyser.

Historia Boyle’a jest hinduskim odpowiednikiem amerykańskiego snu, czyli od pucybuta po milionera. Popularna na całym świecie gra telewizyjna „Milionerzy” stała się początkiem pięknej, łapiącej za serce opowieści o chłopcu, który otrzymał od losu swoje pięć minut. Osiemnastoletniego Jamala Malika poznajemy w momencie, kiedy zasiadając w teleturniejowym fotelu, ma przed sobą pytanie za niewiarygodną kwotę miliona. Zważywszy na upływający czas programu, finałowe pytanie miało powrócić w kolejnym jego odcinku. Jamal w tym czasie zostaje aresztowany przez policję, która podważa uczciwość dokonań młodzieńca. Stróże prawa nie dowierzają, że pochodzący z bombajskich slumsów sierota, ma tak ogromną wiedzą, umożliwiającą mu prawidłowo odpowiadać na arcytrudne pytania. Po brutalnym przesłuchaniu chłopak rozwiewa wszelkie podejrzenia funkcjonariuszy. Opowiada historię swojego życia, w którym ulica stała się jego prawdziwą szkołą, udzielającą odpowiedzi na najtrudniejsze pytania świata.

Wśród hinduskiej społeczności film „Slumdog – milioner z ulicy” wywołał sporą burzę niezadowolenia. Zarzuca się jego twórcom, że ukazali Bombaj od najgorszej strony. Biedota slumsów, zacofanie Indii to rzeczy, o których nikt nie chce głośno mówić. W przeciwieństwie do bollywoodzkich baśni, upiększonych miłością i wszystkimi kolorami tęczy, rzeczywistość jest inna, a Danny Boyle przedstawił ją całemu światu. Oglądając jego dzieło usilnie próbujemy uwierzyć, że droga od ubóstwa do bogactwa jest możliwa i nie zbyt skomplikowana. Szkoda tylko, że w filmach wszystko wydaje się takie proste. Film uczy marzeń, które są nieodzowną częścią życia każdego z nas, niestety zazwyczaj na samym bujaniu w obłokach się kończy. Dlatego bez względu na to co robimy, kim jesteśmy i gdzie żyjemy próbujmy dążyć do lepszego świata, który tak jak w przypadku Jamala, oprócz fortuny, zaoferować może wiedzę miliona ksiąg.

OCENA: 9/10
Łukasz Grudzień
Oczami Krytyka

Oczami krytyka: “Złodziejski kodeks” oraz “Ocaleni”

// wrzesień 4th, 2009 // No Comments » // Oczami krytyka, Recenzje Filmowe

Ilość kinowych premier w ciągu roku trudno jest zliczyć. Taka sama sytuacja dotyczy płytowych wydań DVD. Z tą jednak małą różnicą, że każdy film wchodzący na duży ekran, w końcu zagości na okrągłym nośniku. W wielu przypadkach dystrybutorzy na polski rynek, omijają sale kinowe, w obawie, że dana produkcja może nie zwrócić uwagi widzów. Wtedy dokonują od razu płytowego wydania, które najpierw trafia do wypożyczalni, a następnie sklepowe półki. Taka sytuacja spotkała niemiecko – amerykański film „Złodziejski kodeks” (dystrybutor Monolith Video).

Wielokrotnie producenci wychodzą z założenia, że na sukces filmu wpływa nie tylko dobry scenariusz, lecz popularne i lubiane aktorskie gwiazdy. „Złodziejski kodeks” z pewnością może się pochwalić wielkimi nazwiskami. Morgan Freeman i Antonio Banderas to nie byle kto, chociaż obaj w swojej długiej filmografii mają kilka scenicznych wpadek. Fakt ten zostaje wybaczony, gdyż w pamięci mamy ich najlepsze role, jak „Skazani na Shawshank” czy „Zabójcy”.

Osobą odpowiedzialną za wyreżyserowanie „Złodziejski kodeks” obarczono panią Mimi Leder, która ma na swoim koncie kilka wartych uwagi produkcji. Mam tutaj na myśli choćby „Dzień zagłady” i „Peacemaker”. Fani serialowych opowieści mogą podziwiać jej pracę w słynnym szpitalnym tasiemcu „Ostry dyżur”.

Morgan Freeman gra doświadczonego, podstarzałego złodzieja o imieniu Ripley. Długoletnia praca w zawodzie powoli zaczyna go męczyć i myśli o przejściu na zasłużoną emeryturę. Zanim jednak tego dokona musi spłacić długi zaciągnięte u rosyjskiej mafii. Pomoże mu w tym ostatni, wielki skok. Aby zrealizować plan chytrej kradzieży dwóch drogocennych jajek Faberge, werbuje młodego, mało obytego w swoim fachu rabusia Gabriela (Banderas). Razem stworzą nietypowy duet, dla którego żadne zabezpieczenie nie będzie stanowić problemu. Za to komplikacje napotkają z innej strony.

„Złodziejski kodeks” ominął sale kinowe, co chyba wyszło mu na dobre. Film oferuje widzowi wszystko to co w innych produkcjach tego typu już było. Akcja jest dość przewidywalna, jednak ta bolączka dotyczy dziewięćdziesięciu procent współczesnych filmów. Interesujący jest fakt, że filmowcy postarali się o oryginalne zakończenie, co w pewnym stopniu ratuje twór pani Leder. Ogromnym plusem są obaj aktorzy, którzy dali możliwie prawdziwy popis wyuczonego zawodu. Porównując wszelkie minusy z plusami, w ogólnym rozrachunku powstaje niezły film, który ogląda się nienajgorzej. Pomimo braku swoistej oryginalności, doświadczamy szybkiej akcji, nie opatrzonej w zbędne przestoje i monotonie. „Złodziejski kodeks” to nie efekciarskie kino sensacyjne, sygnowane hasłem megaprodukcja. To nic innego jak prosty kryminał, po który i tak warto sięgnąć, nie tyle dla zabicia czasu, co uprzyjemnienia sobie w pewien sposób wolnej chwili.

OCALENI“:
Kolumbijski filmowiec Rodrigo Garcia znany jest ze swojej wszechstronności. Wyreżyserował takie seriale jak „Rodzina Sopprano” czy „Sześć stóp pod ziemią”. Zrealizował również zdjęcia do „Czterech pokoi” Quentina Tarantino oraz biograficznego dramatu „GIA” z Angeliną Jolie w roli głównej. W swojej filmografii ma kilka reżyserskich projektów, które na polskim rynku wielkiej furory nie zrobiły. Teraz, za sprawą dystrybutora Monolith Video, możemy w domowym zaciszu obejrzeć jego kolejną produkcję zatytułowaną „Ocaleni”.

Film Garci w większości krajów nie pojawił się na dużym ekranie, dotyczy to także Polski. Postąpiono tak pomimo, że w głównej roli obsadzona została młoda, ale już utytułowana aktorka Anne Hathaway (wystąpiła między innymi w „Zakochanej Jane”, historii opowiadającej miłosne perypetie słynnej pisarki Jane Austin).

„Ocaleni” opisywani są jako emocjonujący thriller psychologiczny. Jest w tym sporo prawdy, chociaż w moich odczuciach bardziej doświadczamy dramatu. Dla wielu widzów film może wydawać się przewidywalny, a zakończenie staje się oczywiste po dwudziestu minutach oglądania. Byłem tego samego przekonania, a jednak finał „Ocalonych” w pełni mnie usatysfakcjonował, co najważniejsze zaintrygował.

Wracając do samej fabuły, wygląda ona następująco. W dość zagadkowych okolicznościach ulega katastrofie samolot, z której cudem udaje się przeżyć pięcioro pasażerom. Zdarzenie to niestety odbije trwałe piętno na psychice uczestników wypadku. Aby pomóc całej grupie, zostają objęci opieką młodej pani psycholog Claire Summers (Anne Hathaway). Podczas sesji terapeutycznych ocalałym przypominają się przeróżne informacje związane z nieszczęśliwym zdarzeniem. W miarę następnych spotkań Claire dochodzi do wniosku, że katastrofa lotnicza nie była dziełem przypadku, a linie transportowe ukrywają bulwersujące tajemnice. Pani doktor postanawia przeprowadzić prywatne śledztwo, którego wszczęcie przysporzy jej wielu problemów. Nawiązanie bliższej znajomości z jednym z pasażerów, dodatkowo skomplikuje całą sytuację.

Tak jak pisałem wcześniej „Ocaleni” (dosłowne przetłumaczenie oryginalnego tytułu to „Pasażerowie”) chylą się bardziej ku gatunku filmowemu jakim jest dramat. Na dodatek uwydatnionym tematem produkcji jest miłosny wątek głównej bohaterki z pacjentem. Film ma pewien mankament, objawiający się dość ślamazarnym rozwojem akcji. Pierwsza połowa to jednostajna, chwilami nużąca historia, która dopiero w drugiej części nabiera odpowiedniego tempa, aby w finale ujawnić się prawdzie ciekawym zakończeniem. Interesująco wygląda także odtwórczyni roli Summers, młoda Anne Hathaway. Imponujący, zważywszy na wiek oraz doświadczanie, jest jej aktorki profesjonalizm. Widać, że potrafi właściwie odnaleźć się w swojej roli. Jest naturalna i przekonująca. Oby nigdy nie straciła tego daru.

„Ocaleni” to filmowa rozrywka na dobrym poziomie, która powinna zadowolić znaczne grono widzów. Twórcy łącząc kilka wątków, ostatecznie otrzymali ciekawy efekt, dla którego warto poświęcić półtorej godziny wolnego czasu. Niezłe kino, z wyśmienitą rolą Hathaway jest godne polecenia.

Łukasz Grudzień
Oczami Krytyka

Gościnnie: Złoty Środek

// sierpień 24th, 2009 // No Comments » // Oczami krytyka, Recenzje Filmowe

Złoty Środek

Złoty Środek

Polskie filmy da się śmiało podzielić na dwie kategorie, które umieścić można na przeciwległych sobie biegunach magnesu. Albo mamy do czynienia z kinem wysokich lotów, zwłaszcza tym niszowym – niezależnym. Bądź na swojej drodze napotykamy totalne dno, które lepiej omijać bardzo szerokim łukiem. W rodzimej kinematografii brakuje produkcji średniego pokroju, które można by zaliczyć to kategorii lekkich, łatwych i przyjemnych. Takich bez wielkiego myślenia, ale także nie traktujących widza jako bezmózgowców współczesnego społeczeństwa. „Złoty środek” to najnowsza komediowa propozycja rodzimego kina, która miała spore szanse na znalezienie się pomiędzy sukcesem a porażką. Efekt poznacie za kilka akapitów.

Twórcą filmu jest znany polski aktor Olaf Lubaszenko, którego kunszt reżyserski mogliśmy podziwiać przy kultowym „Sztosie”, „Chłopaki nie płaczą” i „Poranek kojota”. Każda z wymienionych produkcji wniosła spory wkład w wygląd naszej rozrywkowej kinematografii. Dlatego po jego kolejnym dziele spodziewałem się czegoś naprawdę dobrego, a wręcz powalającego śmiechem na kolana.

Pierwszym zgrzytem w moim założeniu okazała się być odtwórczyni głównej roli, czyli Anna Przybylska. Zawsze uważałem i chyba zdania nie zmienię, a na pewno nie po „Złotym środku”, że ta pani nie ma talentu aktorskiego i powinna zmienić wykonywany zawód. Może ma urodę, którą prezentuje w reklamach kosmetyków czy bielizny, jednak o grze scenicznej nie ma zielonego pojęcia. Powinna brać przykład z gigantów polskiego aktorstwa, tworzących drugi plan filmu. Mam tutaj na myśli Krzysztofa Kowalewskiego, Cezarego Pazurę, Pawła Wilczaka czy chociażby Edytę Olszówkę. Każda z tych osób potrafi odnaleźć się w powierzonej jej roli, w przeciwieństwie do Przybylskiej. Może producenci zapatrzyli się na jej wdzięki, a nie profesjonalizm.

Jeśli szukacie skomplikowanej fabuły, możecie od razu zmienić repertuar. Dlatego, że „Złoty środek”, to historia książkowo prosta. A mianowicie, mamy młodą, wykształconą Mirkę (Przybylska), która wychowała się na warszawskiej Pradze. Niestety jako płeć piękna nie można spełniać się zawodowo. Na dodatek jedna z prestiżowych kancelarii prawniczych, w nielegalny sposób planuje przejęcie nieruchomości, na której znajdują się rodzinne kamienice dziewczyny. Aby zapobiec temu procederowi Mirka zamienia spódnicę na spodnie, dokonując metamorfozy w mężczyzną. To jedyna droga, aby zatrudnić się we wspomnianej kancelarii i przeszkodzić w zburzeniu dziecięcych wspomnień.

Najnowsze dzieło Lubaszenki nie jest z pewnością złotym środkiem polskiego repertuaru, zarówno kinowego jak i DVD. Produkcja bardziej chyli się ku przeciętności, chociaż w rzeczywistości zasługuje na mocniejsze słowa krytyki. Komedia z założenia ma śmieszyć, poprawiać humor widzowi. W tym przypadku tego nie doświadczamy, a uśmiech pojawia się na widok końcowych liter. Miłośników polskich kabaretów ucieszą na pewno sceny z udziałem Kabaretu Moralnego Niepokoju, którego wstawki i dialogi są jedyną zabawną oznaką filmu. „Złoty środek” jest nijaki, bezbarwny, a z Przybylską w roli głównej tonie na samo dno. Pogrążająca produkcję schematyczność i czytelność fabuły pozbawia ją swoistego klimatu, denerwując i całkowicie zniechęcając widza. Olaf miał sporą przerwę w reżyserowaniu (siedem długich lat), a na dodatek jest to jego scenariuszowy debiut i niestety ten pierwszy raz okazał się falstartem, bo o sukcesie na miarę wcześniejszych filmów może zapomnieć. Tak, jak miłośnicy polskich komedii, o rozrywce, na chociaż umiarkowanym poziomie.

Łukasz Grudzień
Oczami Krytyka

Inna recenzja filmu “Złoty Środek” znajduje się tutaj.