Recenzja: Kołysanka

// luty 19th, 2010 // Recenzje Filmowe

Kołysanka

Kołysanka

Pamiętam, jak rok temu, gdy obejrzałem ostatni film Machulskiego „Ile waży koń trojański”, przewidywałem, że czas Juliusza Machulskiego, jako autora komedii jest policzony… Chyba, myliłem się… Bo jego najnowszy film, czyli „Kołysanka”, co prawda nie na podstawie jego scenariusza, udowadnia, że tak nie jest. Jego nowy film, to łatwa, lekka i przyjemna komedia, doskonale obsadzona, niestety nie ma „tego czegoś”, za co kochaliśmy poprzednie filmu Pana Juliusza…

Ale od początku… Kiedy to poznajemy rodzinę Makarewiczów, która składa się z Michała (Robert Więckiewicz), jego żony Grażyny (Małgorzata Buczkowska-Szlenkier), jego ojca (Janusz Chabior) oraz ich dzieci… (czwórka i piąte w drodze). Wprowadzają się oni do małego domku we wsi Odlotowo na mazurach… I tam napotykają swoje „ofiary”, zaczynając od właściciela domu (Krzysztof Kiersznowski), kończąc na księdzu (Michał Zieliński). Wszyscy ludzie, stają się pokarmem dla polskich wampirów… Właściwie to ich krew, spijana ze stóp…

Tak to właśnie wygląda… Oglądamy film z zaciekawieniem, uśmiechając się co chwilę. Jednak, każdy kto go obejrzał, powie, że film nie ma wyraźnie sprecyzowanej fabuły, do niczego nie dąży. Jedna scena wynika z drugiej… Widzimy nasze polskie wampiry, które piją krew. Policjantów, którzy szukają zaginionych ludzi… Ba! Szukają… Trudno to nazwać szukaniem… Być może dlatego, jest to trochę nieskładne, bo film w zamierzaniu miał być trzyodcinkowym serialem… I rzeczywiście ogląda się go trochę jak serial… Jednak Machulski nie męczy widza tym oglądaniem, a sprawia mu przyjemność…

Sprawia przyjemność, przepięknymi obrazami Mazur (jeden z cudów świata) i świetnie prowadzoną narracją, dzięki czemu ta opowieść bez ściśle zorganizowanej akcji, przyjmowana jest przez widzów lekko i z przymrużeniem oka.

Brakuje w tym filmie, jak już wspomniałem „tego czegoś”. Brakuje scen, które pamiętalibyśmy, obudzeni w nocy trzy lata po obejrzeniu filmu. A każdy po „Seksmisji”, obudzony w nocy i zapytany „Dlaczego trzeba iść na wschód?”, odpowie: „Bo tam musi, być jakaś cywilizacja”. Czy choćby, zapytany o Kilera, dokończy zdanie… „Trzeba być twardym, a nie…”. Jednak to, że film nie będzie wspominany i cytowany, nie świadczy o tym, że film jest słaby… Jest ciepły i lekki… Przeplatany lekkim humorem („Po Niemcu kolka, a po księdzu kupa regularna”)…

Po raz kolejny stwierdzam, że polskie aktorstwo, stoi na wysokim poziomie… W „Kołysance”, doskonały jest drugi plan… Mnie niezwykle zaintrygowała postać listonosza, przezabawny Jacek Koman, na co dzień mieszkający w Australii. Świetny jest również Krzysztof Stelmaszyk, jako komendant, Przemysław Bluszcz, jako jeden z policjantów prowadzących śledztwo no i oczywiście Michał Zieliński (Ksiądz, znający wszystkich świętych na pamięć). Pierwszoplanowi, również wykonują świetnie swoje zadanie… A wśród nich na czele stoi Janusz Chabior, jego dziadek to majstersztyk! Wielkie brawa za tę rolę! Co ciekawe, po obejrzeniu filmu zapamiętujemy też epizody… Jacek Łuczak, na co dzień Tonio z „Szalonych nożyczek”, tutaj jąkający się zleceniodawca i Maciej Marczewski jako kichający lekarz… Wszyscy świetnie są obsadzeni, a to już zasługa na pewno Juliusza Machulskiego… Trzeba, mu przyznać, że nosa do obsady to on ma… Przypomnijmy Janusza Rewińskiego jako Siarę… Nie ukrywam, że chciałbym Pana Rewińskiego zobaczyć jeszcze w jakimś filmie Machulskiego, bo chyba ostatnio o nim zapomniał…

Michał Lorenc, autor muzyki po raz kolejny udowadnia, że jest geniuszem w komponowaniu muzyki. Ścieżka dźwiękowa „Kołysanki”, jest świetna… Wprawia nas w lekki lęk, a później rozluźnia… Muzykę Lorenca, gra, również cała rodzina Makarewiczów. Dziadek – kontrabas, Bożena – Harfa i Michał – harmonia.

Podsumowując, film to lekka komedia… Można powiedzieć, że jest ona i o wszystkim o o niczym. Bo do niczego nie prowadzi, nic ciekawego nie wnosi (no może zakończenie), ani nic nowego nam nie udowadnia. Jednak warto pójść, choćby dla tych świetnych ról, dla pięknych mazur i dla cudownej muzyki. Nie nastawiajcie się jednak na śmiech w co drugiej scenie, ale na lekki uśmiech na pewno. A! I jeszcze jedno… Jeżeli jesteście fankami „Zmierzchu” to lepiej nie idźcie… Bo tutaj, żaden wampir nie jest podobny do waszego idola, Edwarda… Tutaj wampirom wypadają zęby, brakuje im części oczu oraz chodzą w brzydkich niemodnych, starych ubraniach. A przecież wam nie o taki obraz wampira chodzi…

OCENA: 7/10
Emil Sowiński

Leave a Reply